Armenia, czyli tam i z powrotem

Zgodnie z naszym wcześniej założonym planem, po prawie miesiącu spędzonym w Gruzji, opuściłyśmy ten piękny kraj, by odkryć jego sąsiada, Armenię. Nie miałyśmy sprecyzowanych celów i tras… tak naprawdę, niewiele wiedziałyśmy o tym niewielkim państwie na Zakaukaziu. Słyszałam jedynie, że niemalże 90% powierzchni Armenii leży na wysokości 1000m n.p.m., a południowo-wschodnie tereny tzw. Karabachu, mimo że są bardzo atrakcyjne pod względem trekkingowym, są równocześnie bardzo niebezpieczne – wszystko przez konflikt Ormian z Azerami. 

W drodze...

Nasza trasa.
Na początek postanowiłyśmy odwiedzić stolicę Armenii - Erywań. Do największego miasta Ormian dojechałyśmy bezpośrednio stopem z Gruzji bez większych problemów. Na miejscu musiałyśmy znaleźć tani hostel. Poszukiwania zajęły nam sporo czasu, pomimo, że baza noclegowa jest tam bardzo dobrze rozwinięta.  Problem w tym, że otaczały nas kilkugwiazdkowe hotele, a my szukałyśmy hostelu. Koniec końców zatrzymałyśmy się w bardzo miłym i przytulnym hostelu Penthouse (www.penthousehostel.org).
 
Erywań - widok z hostelu.
O poranku zaczęłyśmy planować naszą trasę. W recepcji hostelu otrzymałyśmy wskazówki, co warto zobaczyć w Armenii. Padło między innymi hasło Dilijan, miejscowość w północno-wschodniej części kraju, w której znajduje się monastyr Goshavank, jezioro Sevan oraz góry. Zdecydowałyśmy od razu, jedziemy! Złapałyśmy stopa i już po paru godzinach mijałyśmy największe na Kaukazie jezioro Sevan, wzdłuż którego kilometrami ciągną się stragany, małe sklepiki i budki z świeżo złowionymi rybami. 


W czasie jazdy, dowiedziałyśmy się, że Dilijan to znana wśród Ormian miejscowość wypoczynkowa. Oprócz tego, jest to również ważny ośrodek edukacji, gdyż znajduje się tam szkoła wyższa o znaczeniu międzynarodowym - United World College Dilijan. Mieszkańcy miasta są bardzo dumni z tego faktu. My nie planowałyśmy jednak zwiedzać Dilijan, jechałyśmy tam z nieco innego powodu. Chodziło nam oczywiście o góry.


Będąc już na miejscu, udałyśmy się czym prędzej do parku narodowego w celu uzyskania jakiś informacji na temat szlaków. Otrzymałyśmy słabej jakości mapkę i folder z opisanymi trasami/szlakami. Niestety wszystkie oznakowane drogi były krótkie, ich przejście zajmowało od 40 minut do 4 godzin, a co gorsza nie dało się ich połączyć w kilkudniowy trekking. Nie tego się spodziewałyśmy … Stwierdziłyśmy, że nic tu po nas i następnego dnia ruszyłyśmy na samo południe Armenii.  


Naszym punktem docelowym była miejscowość Tatew. Dotarłyśmy tam po perypetiach. Po pierwsze, nie dogadałyśmy się dobrze z kierowcą stopa i zamiast jechać na wschód przez Martuni, odbiłyśmy na zachód i kolejny raz odwiedziłyśmy Erywań. Wyszło nam to na dobre, bo dzięki temu miałyśmy okazję podziwiać Ararat – świętą górę Ormian leżącą na terytorium Turcji. A po drugie, ciężarówka, którą jechałyśmy zepsuła się w Erywaniu. Po naprawieniu starego ziła, pojechałyśmy odwiedzić siostrę i brata naszego współtowarzysza podróży. Na koniec dnia zafundowałyśmy sobie przejażdżkę ciężarówką wyładowaną 5 tonami piachu, dzięki czemu poruszałyśmy się z zawrotną prędkością 30km/h. Do pokonania miałyśmy 200km, więc możecie sobie wyobrazić, jak długo trwała podróż. Noc spędziłyśmy w szczerym polu.


Poranek nie należał do najprzyjemniejszych. Wiatr wiał z ogromną prędkością, przez co nasz namiot „padł”. Musiałyśmy czym prędzej zwijać manatki. Z pomocą przyszli nam pasterze. Do Tatewu miałyśmy zaledwie kilkanaście kilometrów z miejsca noclegu. Na początku dotarłyśmy do „Skrzydeł Tatewu”, czyli (rzekomo) najdłuższej kolejki linowej na świecie – można dojechać nią w kilka minut pod monastyr. My zrezygnowałyśmy jednak z tej przyjemności i pocisnęłyśmy dalej trochę z buta i trochę stopem. Po drodze odwiedziłyśmy Diabelski Most, czyli uformowany z dwóch bloków skalnych naturalny most. Spod jego łuku wypływają mineralne źródła, które mają lecznicze właściwości. Według legendy, kto zanurzy się w ich wodzie pozostanie wiecznie młody i piękny.

Magiczne źródła, dzięki którym będziemy wiecznie młode i piękne :)

Tatew jest znany przede wszystkim z klasztoru położonego na wzgórzu. Ze względu na stan zdrowia Skiby (struła się) odpuszczamy sobie jednak jakiekolwiek zwiedzanie. Po ciężkiej nocy zdecydowałyśmy, że musimy szybko wrócić do większej miejscowości. Kolejny raz zmierzamy do Erywania. Tym razem pomagają nam w tym Aragat i Gosia (o dziwo, w Gruzji jest to imię męskie, pisze się oczywiście inaczej) - dwaj BHP-owcy, którzy pomimo, że byli w pracy, zapragnęli pokazać nam prawdziwą Armenię i jej zabytki. Odwiedzamy między innymi „armeński Stonehenge”, czyli kamienne kręgi Karahundż uznawane przez Ormian za najstarsze obserwatorium astronomiczne świata (kamienie są starsze niż te w Anglii), miejscowość uzdrowiskową Jermuk (słynąca z niezwykłych źródeł) oraz otoczony niesamowicie czerwonymi skałami klasztor Noravank. 

,,Gruziński stonehenge".
Klasztor Noravank.
Noc spędzamy u brata jednego z kierowców (w jego ogrodzie), gdzieś za Erywaniem. Ponieważ Skiba czuła się dużo lepiej, rozpoczęłyśmy planowanie drogi powrotnej do Polski. Pierwszym etapem było dotarcie do Turcji, a konkretnie do Istambułu. Granica turecko-armeńska jest zamknięta, dlatego musiałyśmy cofnąć się do Gruzji. Skierowałyśmy się do Batumi.     


Tekst: Małgorzata Popiołek 
Zdjęcia: Małgorzata Popiołek, Marta Skibińska
Redakcja: Przemysław Rychter

2 komentarze:

  1. Chyba często ludzie odwiedzają oba kraje razem - Armenię i Gruzję. Sam tam nie byłem, ale znajoma opowiadała mi pobycie w tych dwóch krajach. Ciekawa specyfika tych miejsc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, bardzo często się tak dzieje. Szczególnie, że nawet przewodniki turystyczne opisują zazwyczaj te 2 kraje razem. Bardzo często zwiedzanie Gruzji i Armenii łączy się jeszcze z wizytą w Azerbejdżanie.

      Usuń