Polki w Gruzji – Bordżomi

Ostatnim celem naszej wyprawy jest słynne gruzińskie uzdrowisko leżące w regionie zwanym Dżawachetia – Bordżomi. Swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim gorącym źródłom oraz wodzie mineralnej. Ostatni car Rosji – Mikołaj II Romanow docenił piękno tego miejsca i wybudował tam swą letniskową rezydencję, dzięki czemu do Bordżomi zaczęła przyjeżdżać rosyjska śmietanka towarzyska. W dzisiejszych czasach kurort odwiedzają rzesze turystów.

Bordżomi otaczają góry należące do Małego Kaukazu. Na obrzeżach miasta znajduje się największy park narodowy Gruzji – Borjomi-Kharaguli. Dzięki współpracy z rządem niemieckim, udało się w nim stworzyć dobrze rozwiniętą sieć szlaków pieszych oraz konnych. Ze Skibą postanowiłyśmy przemierzyć park szlakiem nr 2, uważanym za najbardziej widokowy.

Park Narodowy Bordżomi.


Najpierw musimy się jednak dostać do Bordżomi. Jesteśmy w Zugdidi i poruszamy się stopem, który jest dla nas najlepszą opcją transportu. Gdyby ktoś zdecydował się na podróż marszrutką z Tibilisi to ze znanych nam informacji jedzie się jakieś 2h, natomiast pociągiem 4h (ok. 160km).

Mapa parku.
Dzień 1

Po dotarciu do Bordżomi postanowiłyśmy się zrelaksować i zażyć kąpieli w gorących źródłach. Następnie odwiedzamy punkt informacji turystycznej, żeby otrzymać mapy – to jest pierwsza rzecz jaką zawsze robimy po przyjeździe do nowego miejsca. Otrzymujemy tylko plan miasta, a po więcej szczegółów zostajemy odesłane do punktu informacji parku.

Tam dowiedziałyśmy się, że wstęp na obszar chroniony, jak i noclegi są płatne (nie można spać na dziko). Wszystkie opłaty uiszcza się z góry. Wybieramy zatem trasę oraz deklarujemy, że spędzimy tam 5 nocy w shelterach.

Shelter w środku- standard rewelacyjny!
Na niektórych forach można przeczytać, że nie warto płacić, gdyż rzadko jest to sprawdzane. Faktycznie, nie spotkałyśmy żadnego strażnika, ale chciałyśmy być fair w stosunku do przyrody. Dużo to nie kosztuje (10lari (20zł) za dobę w shelterze, albo 5lari (10zł) za dobę w namiocie), a mamy przynajmniej satysfakcję, że pomogłyśmy matce naturze. Was również zachęcam do przestrzegania regulaminu parku.

Dzień 2

Rozpoczynamy trekking z miejscowości Likani. Mamy wrażenie, że weszłyśmy do jakiegoś bajkowego lasu. Przyroda jest fascynująca! Pomimo licznych podejść maszeruje się rewelacyjnie. Szybko docieramy do sheltera Lomisminta. Znajduje się tam wszystko czego potrzebujemy: woda, chleb, wino, drewniane prycze i ….. wychodek. Elegancko, dawno nie zaznałyśmy takich luksusów. Wieczorem dołącza do nas ekipa gruzińskich jeźdźców, która przyjechała do Lomisminty świętować urodziny jednego z nich. Oczywiście otrzymujemy zaproszenie na ognisko i na gruzińskie przysmaki – szaszłyki i wino.

Shelter Lomisminta.
Dzień 3

Wstajemy niewyspane, ale szybko ruszamy dalej. Wędrujemy w kierunku schronu (sheltera) Sakhvlari. Szlak przypomina nieco przeprawę przez dżunglę. Nie możemy nadziwić się otaczającej nas roślinności. Przez większość czasu jednak schodzimy, dlatego pod koniec dnia byłyśmy strasznie znużone. Zauważyłyśmy, że pogoda zaczyna być kapryśna. Zwykle po południu pada, dlatego stwierdziłyśmy, że jutro ruszymy godzinę wcześniej.

W drodze...
Dzień 4

Ten dzień przyniósł nam dużo emocji. Nie dość, że gubimy szlak i odnajdujemy go dopiero po paru godzinach, to zastaje nas w górach burza. Początkowo nie miałyśmy gdzie się schować. Na szczęście znalazłyśmy skałę, która była w stanie nas osłonić. Planowo chciałyśmy zdobyć najwyższy szczyt parku Borjomi–Sametskvareo i zatrzymać się w shelterze o tej samej nazwie (warto wiedzieć, że w jego pobliżu nie ma żadnego strumienia, więc trzeba zaopatrzyć się wcześniej w wodę), jednak sztuka ta nam nie wyszła i noc spędzamy w shelterze Kvazvineri. 

Powoli zapada zmrok.
Gramy w karty, które same zrobiłyśmy :)
Dzień 5

O poranku podziwiamy piękny wschód słońca. Wyruszamy około 8. Wczorajsza pogoda uniemożliwiła nam realizację założonego planu, dlatego dziś musimy nadrobić stracony czas. Do przejścia mamy 24km. Do południa pogoda nam sprzyja, ale potem znowu rozhulał się wiatr i zaczęło padać. Przemoczone do suchej nitki docieramy do sheltera Amarati.

W nocy warunki pogodowe jeszcze się pogorszyły. Wiatr przybrał na sile i wydawał przerażające dźwięki! Zapadł kompletny zmrok. Do środka chatki, przez okno, wpadała struga księżycowego światła. Była pełnia. Nie mogłam zasnąć. Wyobrażałam sobie najbardziej przerażające sceny z horrorów, szczególnie te z serii: „samotne dziewczyny w domku w lesie, które tak naprawdę nie są zupełnie same”. W naszym przypadku też tak było … oprócz mnie i Skiby w shelterze był ktoś jeszcze.…. schował się tam zanim przyszłyśmy …. nie był to jednak Jason X, ani Freddy Krueger, tylko malutka, piskliwa ….. MYSZKA :)

Piękny wschód słońca.
:)
Chwila refleksji.
Dzień 6

Powoli zmierzamy do wyjścia z parku narodowego. Naszą górską przygodę kończymy w miejscowości o nazwie Atskuri. Spędzamy w niej noc. Nazajutrz udajemy się w kierunku Armenii, a po drodze odwiedzamy skalne miasto Wardzi. W przeszłości Gruzini chowali się tam w czasie mongolskich najazdów. Składa się ono z kilkuset odkrytych komnat, w których niegdyś tętniło życie.  
Nasz obóz w Atskuri.
W drodze do Wardzi.
A tu już w słynnym skalnym mieście.

Mapę oraz przydatne informację można znaleźć na:

1 komentarz: