Polki w Gruzji – Tuszetia

Swoją gruzińską przygodę rozpoczynamy od Tuszetii, czyli regionu w północno-wschodniej części kraju. Jest to obszar odizolowany od reszty świata charakteryzujący się ogromną bioróżnorodnością (wystarczy wspomnieć, że występuje tam łącznie 230 endemicznych gatunków roślin i zwierząt!). W celu ochrony przyrody utworzono tam rozległy park narodowy.

Infrastruktura turystyczna Tuszetii jest dość słabo rozwinięta. Najlepszą bazą wypadową, na dłuższe, jak i krótsze wypady w góry, jest największa miejscowość regionu Omalo. Szlaki turystyczne (razem z konnymi jest ich 9) są w miarę dobrze oznaczone. Popularnymi kierunkami wędrówek są malownicze wioski z kamiennymi wieżami takie jak: Dartlo, Shenako, Baso, Kvavlo, Chesho.
 
A tak wygląda centrum Tuszetii - Omalo.


Szwendając się po Tuszetii cały czas otaczają nas piękne góry oraz wszędobylska cisza i spokój. Ludzi można spotkać tam wyłącznie latem, kiedy możliwy jest wypas owiec i bydła, a do wiosek da się dojechać samochodem. Większość mieszkańców wynosi się stamtąd w październiku, na zimę zostaje zaledwie kilka osób, które otrzymują żywność drogą powietrzną. W Tuszetii zaplanowałyśmy trekking z Omalo do Shatili (wioska w sąsiednim regionie). Sprawdźcie jak było….

Na żółto zaznaczona nasza trasa.

Dzień 1

W informacji turystycznej w Tibilisi powiedziano nam, że chcąc zwiedzać Tuszetię najlepiej udać się do miejscowości Telavi. Tam powinnyśmy znaleźć innych turystów, z którymi wspólnie wypożyczymy jeepa do Omalo. Czemu tak? W kilka osób jest znacznie taniej. Koszt przejazdu wynosi 200 lari, czyli 400zł (to dzielimy na ilość pasażerów). Musimy się trochę spieszyć, gdyż w drodze do Omalo trzeba przejechać przez przełęcz Abano (2963m. n.p.m.). Według prognoz, lada dzień może spaść śnieg, co oznaczałoby, że droga będzie wówczas nieprzejezdna.

Udajemy się zatem na dworzec autobusowy przy stacji metra Nadzaladevi skąd łapiemy marszrutkę do Telavi za 7lari (ok.14zł). Po niespełna 2h godzinach docieramy do celu, gdzie się jednak okazuje, że musimy dostać się do Alvani (za 2lari, czyli 4zł). Na miejscu szukamy „punktu wynajmu jeepów” oraz innych turystów, ale ani jednego, ani drugiego nie ma. Być może dlatego, że jesteśmy poza sezonem. Nie pozostało nam nic innego jak łapanie stopa. Niestety ruch samochodowy był tak mały, że zdawało nam się, że wręcz nie istnieje! Nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się van do Omalo za 50 lari/os. (100zł). Jedziemy!

Skiba prezentuje przełęcz Abano.
Naszymi współtowarzyszami są dwaj sympatyczni Gruzini. Częstują nas piwem, chipsami i …. baraniną. Trasa jest niezwykle atrakcyjna. Wspinamy się serpentynami do góry przecinając masę strumieni, wymijając krowy, a nawet przejeżdżając pod małymi wodospadami. Na prawie 3000m n.p.m. robimy postój, by napawać się pięknymi widokami. Potem zjeżdżamy do Omalo, gdzie kierowca zaprasza nas do domu swojej siostry, gdzie czeka już ciepła kolacja.


Dzień 2

Po wieczorze obfitym w jedzenie i toasty oraz po pierwszej nocy spędzonej w namiocie ciężko mi było wstać. Budzimy się przy dźwiękach piejących kur i ujadających psów. Dzielimy się obowiązkami. Ja ospale zwijam namiot, a Marta pichci coś dobrego na śniadanie – coś, czyli owsiankę. Przed wyjściem w trasę dostajemy od gospodyni zaproszenie na kawę. Oczywiście nie omieszkamy odmówić. Zasiadamy na ganku domu i podziwiamy górskie krajobrazy. Czujemy niesamowite odprężenie... czas zaczyna powoli zwalniać…

Ale nie ma co siedzieć, trzeba ruszać do Dartlo. Niestety nie mamy zbyt dobrej mapy i początkowo nie możemy zorientować się gdzie jesteśmy i czy w ogóle idziemy w dobrym kierunku. Na szczęście najpierw spotykamy Gruzinów, którzy wskazują nam drogę, a później natrafiamy na tablicę z rozrysowanymi szlakami. Do tego zyskujemy przewodnika, nowego towarzysza i jednocześnie obrońcę – psa, którego nazwałyśmy Omalio.

W drodze do Dartlo.
Omailo - nasz nowy towarzysz.
Trasa do Dartlo jest bardzo przyjemna i relaksująca. Nie sprawia nam większych trudności. Ciężko oszacować ile kilometrów pokonałyśmy (ze względu na słabą mapę), ale na miejsce docieramy popołudniu. Namiot rozbijamy kilkadziesiąt metrów za wioską w pobliżu rzeki Pirikiti’s Alzani.     

Dartlo z kamiennymi wieżami.
Nasz obóz.

Dzień 3

Cel na dziś – przejść jak najwięcej kilometrów. Budzimy się wcześnie rano i od razu ruszamy. Chcemy dojść, czym prędzej do przełęczy Atsunta (3400 m n.p.m.). Tutejsi mieszkańcy przewidują pierwsze opady śniegu za parę dni, więc pośpiech jest wskazany. Jeśli sprawdzi się ten czarny scenariusz, to szlak może zostać zasypany. Po 15 minutach marszu podjeżdża do nas jeep z ekipą filmową, która oferuje nam podwózkę do Parsmy. Jedziemy, ale dość wolno. Co chwilę zatrzymujemy się na filmowanie, a to kamiennych wież, a to dzikich koni, a to ptaków, a to gór i pięknych widoków. Z Parsmy mamy godzinę marszu do Girevi. Na miejscu zgłaszamy się do straży granicznej (blisko znajduje się granica z Rosją i każdy ma obowiązek „odhaczenia się”) i po dokonaniu formalności kontynuujemy podróż w kierunku opuszczonej miejscowości Hegho. Znajdują się tam jedynie ruiny dawnych domostw – nic ciekawego, dlatego idziemy dalej. Rozbijamy się dopiero parę kilometrów za „opuszczonym skansenem”. 

W drodze do Girevi.
Filmowcy mieli ręce pełne pracy.
Dzień 4

Dzisiejszy poranek obfituje w …… owce. Zostałyśmy przez nie otoczone, a to oznacza, że w pobliżu są też groźne psy pasterskie. Nie mamy odwagi ruszyć się z miejsca, gdyż na horyzoncie nie ma pasterza, a psy patrzą na nas spode łba. Na szczęście, właściciel stada zjawia się dość szybko. Ucinamy z nim pogawędkę, w której stanowczo odradza nam wędrówkę przez przełęcz. Oczywiście go nie słuchamy i idziemy dalej.

Otoczone przez owce!

Trasa jest bardzo przyjemna. Robimy kilka przerw między innymi po to by przepuścić migrujące stada owiec. W czasie jednego postoju stanęłam oko w oko z psem pasterskim i mogłam podziwiać z bliska jego białe kły! Szlak prowadzi cały czas wzdłuż rzeki Alzani. W pewnym momencie trzeba ją jednak przekroczyć w miejscu gdzie stoi zepsuty kierunkowskaz na Shatili. Po drugiej stronie szlak się urywa. Najlepiej cały czas iść wzdłuż głównego nurtu rzeki, aż do mostku, którym to ponownie przekroczymy Alzani. Następnie kierujemy się w stronę przełęczy maszerując non stop przy rzece. Dzisiaj jest już za późno aby pokonać przełęcz, więc rozbijamy namiot tuż pod nią.

Przechodzenie przez rzekę nie należy do moich ulubionych zajęć.

Dzień 5

W nocy nastąpiło załamanie pogody. Rozpadało się na dobre. Obawiamy się, że na przełęczy będzie dużo śniegu i szlak będzie przez to mało widoczny lub niebezpieczny. Mamy dylemat, czy kontynuować podróż do Shatili, czy zawrócić. Nasze wątpliwości rozwiewa izraelska wycieczka konna. Zapewniają nas, że warstwa śniegu na przełęczy jest minimalna i spokojnie sobie poradzimy.

Widoczność jest słaba (gęsta mgła), mimo to decydujemy się na wspinaczkę – przełęcz Atsunta leży na wysokości 3400m n.p.m. Ciężar plecaka daje mi się we znaki. Mam spore problemy na podejściu i nie mam już siły i ochoty iść dalej! W tym momencie do akcji wkracza Skiba, która mobilizuje mnie i wspiera. Dzięki niej doczłapałam się jakoś na przełęcz. Jest tam strasznie zimno i nieprzyjemnie.

Na przełęczy!
 Od razu decydujemy się na zejście. Po drugiej stronie jest dużo więcej śniegu. Zrobiło się dość niebezpiecznie – stromo i ślisko. Szlak jest jednak widoczny, chociaż są momenty, że musimy wytężać wzrok. Po dojściu do bezpiecznego miejsca, pomimo wczesnej godziny, rozbijamy namiot i udajemy się na zasłużony odpoczynek. Przekraczając przełęcz wkroczyłyśmy do regionu o nazwie Chewsuretia.

Strome zejście.
Szukamy bezpiecznego miejsca na założenie obozowiska.
Udało się i do tego jaki widok! .

Dzień 6

Całą noc padało. O świcie trochę się przejaśniło, dzięki czemu możemy podziwiać przełęcz, którą wczoraj szczelnie zasłaniała mgła. Widok jest powalający. Pomimo nienajlepszych warunków atmosferycznych ruszamy w stronę Shatili – wioski będącej sercem Chewsuretii. Szlak jest w dalszym ciągu bardzo dobrze oznaczony, w jednym momencie miałyśmy tylko chwilę zawahania. Maszerując cały czas zachwycamy się przepięknymi widokami.
 
W drodze do Mutso.

Po dotarciu do Mutso zostajemy zaproszone przez sympatycznych strażników pod wiatę na kontrolę dokumentów. Jest tam ciepło, gdyż pod dachem znajduje się piec. W ciągu kilkudziesięciu minut przyszło tam tyle osób, że nie było gdzie się ruszyć. Zrobiła się super atmosfera, ale trzeba iść dalej. W Shatili jesteśmy ok. 18. Ponieważ Skiba ma urodziny udajemy się do guesthousa i zamawiamy po herbacie i chaczapuri – ciepły placek/chleb z serem w środku. Prawdziwa uczta! Dopiero później zabieramy się za zwiedzanie wioski, w której jest pełno kamiennych fortec, tajemniczych zakamarków oraz opuszczonych budynków.

Shatili.

W taki oto sposób nasza wędrówka w Tuszetii i Chewsuretii kończy się, ale niezupełnie. Dlaczego? Bo pozostaje nam jeszcze powrót do Tibilisi marszrutką, która przyjedzie za ….. 3 dni.  

Wypatrywanie marszrutki!

Tekst: Małgorzata Popiołek
Zdjęcia: Małgorzata Popiołek, Marta Skibińska
Redakcja: Przemysław Rychter

2 komentarze:

  1. Piękna wyprawa.
    Planuję odwiedzić ten rejon w terminie 11-19 X. W jakim okresie wy tam byliście?
    Z góry dzięki za informację
    Krzysztof

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam

      Do Tuszeti pojechałyśmy na przełomie wrzesień/październik. Dojazd był bezproblemowy, droga przejezdna. Jednak mieszkańcy pomału "wyprowadzali" się z wiosek. Tylko nieliczni zostają na okres zimy w swoich domach. Nasza trasa prowadziła do Shatili przez przełęcz Atsuma (3400m). Miejscowi odradzali nam wędrówkę. Mówili, że będzie niebezpiecznie, gdyż lada dzień może spaść śnieg. Na szczęście nam udało się przejść, gdyż śniegu było niewiele na przełęczy. Szlak mimo to był mało widoczny, zejście jest strome, łatwo o osunięcie kamieni i ziemi. Przejście przez przełęcz jest możliwe, ale trzeba kontrolować pogodę. Jest to jednak utrudnione, gdyż w pewnym momencie nie ma zasięgu.

      Powodzenia i miłej podróży :)

      Gosia

      Usuń