Albania - góry Nemërçkë

Nemërçkë to mało znane pasmo górskie na pograniczu albańsko-greckim (90% powierzchni masywu leży po stronie albańskiej). Góry przybierają postać długiego grzbietu ciągnącego się wzdłuż doliny rzeki Wjosa (Vjosë). Przełęcz Qafa e Dhembelit odziela je od gór Dhëmbel, które są północnym przedłużeniem Nemërçkë

Masyw charakteryzuje się asymetrycznymi stokami. Od wschodu możemy podziwiać pionowe ściany skalne mające nawet kilkaset metrów wysokości, natomiast od zachodu mamy do czynienia z łagodnymi i trawiastymi stokami. Najwyższym szczytem masywu jest Maja e Papingut mierząca 2482 m n.p.m.


Góry Nemërçkë pozbawione są całkowicie infrastruktury turystycznej. Nie ma tam żadnych szlaków, a tym bardziej schronisk. Osoby chcące odwiedzić masyw muszą się również liczyć z brakiem mapy. Istnieje ponoć stare opracowanie radzieckie, ale ciężko je znaleźć. Wyższe partie gór są wykarczowane, dzięki czemu wszystko widać i o zabłądzeniu nie ma mowy.

Wędrówkę po górach Nemërçkë rozpoczęliśmy od północnej części masywu. Naszą bazą wypadową było największe miasto w dolinie Wjosy – Përmet.  Do Përmetu dojechaliśmy taksówką, gdyż samochód zostawiliśmy w południowej części doliny, a dokładnie we wsi Çarshovë. Wynikało to z tego, że schodząc z gór nie chcieliśmy wracać do samochodu asfaltową drogą kilkadziesiąt kilometrów.
  
Z właścicielem restauracji w Çarshovë umówiliśmy się, że przez trzy dni będzie pilnował naszego samochodu (oczywiście niebezinteresownie). Mężczyzna załatwił nam również transport do Përmetu. Przyjechał po nas rozklekotany mercedes (99,99999% samochodów w Albanii to stare mercedesy). Pomimo złego stanu technicznego samochodu oraz fatalnego stanu drogi (dziur było więcej niż asfaltu) taksówkarz bawił się w rajdowego kierowcę. Za przejechanie około 30 km zapłaciliśmy łącznie 15 euro, czyli wyszło nie najgorzej.

Po dojechaniu na miejsce ruszyliśmy od razu w góry. Było już późno, a my musieliśmy wejść  na przełęcz Qafa e Dhembelit. Do pokonania mieliśmy zatem około 1200 metrów przewyższenia. Marsz utrudniał niemiłosierny upał. Wspinaliśmy się ścieżkami wydeptanymi przez pasterzy i ich stada. Na przełęczy byliśmy o zmroku.

A tam czekało na nas iście hitchcockowskie przywitanie. Na początek,  zostaliśmy obszczekani przez watahę psów pasterskich. Trochę to nas zaniepokoiło, gdyż w górach mało popularnych, jakimi bez wątpienia są Nemërçkë, psy mogą być bardzo agresywne w stosunku do turystów. Ku naszej uciesze szybko na horyzoncie pojawił się ich pan mężczyzna o ciemnej karnacji z zakrwawionymi rękoma, trzymający ... siekierę. Jakby tego było mało, zza jego pleców wystawało kilkadziesiąt owczych głów, które wlepiły w nas swoje hipnotyzujące, świecące w ciemnościach ślepia. 

Po ciężkim wysiłku sytuacja ta wydała nam się co najmniej dziwna, ale jednocześnie i przerażająca. Na szczęście wszystko dało się wytłumaczyć w racjonalny, aczkolwiek dość brutalny sposób. Mianowicie, pasterz zabił przed chwilą jedną z owiec, żeby nakarmić nią psy. Mężczyzna był nieco zdezorientowany naszą obecnością na przełęczy, podobnie zresztą jak my jego. Powiedzieliśmy mu, że jesteśmy turystami i chcemy tu przenocować. Bez żadnych problemów, ochoczo, wskazał nam miejsce, gdzie możemy rozbić namioty. Pasterz trochę nas zasmucił mówiąc, że wysoko w górach nie ma w ogóle wody pitnej.

Niestety jego słowa okazały się prawdą, a więc na trzy dni marszu musiała wystarczyć nam woda, w którą zaopatrzyliśmy się na dole, czyli jakieś 4,5 lita/3 butelki. Trzeba było ją racjonować, co przy dużym wysiłku oraz wysokich temperaturach nie było takie łatwe. Oczywiście o myciu się nie było mowy, do tego służyły nam chusteczki nawilżające. Po zejściu z gór, odbiliśmy sobie ten dyskomfort z nawiązką, kąpiąc się w błękitnej Wjosie. Rzeka wyglądała bardzo zachęcająco, jednak musieliśmy zachować dużą ostrożność podczas mycia, gdyż w jej korycie grasowały bardzo groźne żmije nosorogie – jej ukąszenie jest często śmiertelne.

Nasza albańska taksówka. Każda szanująca się rodzina w Albanii musi mieć mercedesa, dlatego też po Albanii jeżdżą same samochody tej marki (nieważny stan, ważne, że mercedes).
Pomnik w centrum Përmetu.
Opuszczamy Përmet i ruszamy w góry.
Pola uprawne w dolinie Wjosy.
Albania nazywana jest krainą bunkrów, dlatego w Nemërçkë również nie mogło ich zabraknąć.
Jedna z kilku wiosek leżących po drugiej stronie doliny.
Z samego rana dolina Wjosy była szczelnie zakryta chmurami.
Poranek na przełęczy Qafa e Dhembelit, która stanowi granicę między górami Nemërçkë, a górami Dhëmbel. Na zdjęciu najwyższy szczyt gór  Dhëmbel - Maja e Dhembelit (1966m n.p.m.).
Pasterze na przełęczy.
Góry, góry i jeszcze raz góry.
Góry Lunxhëri ciągną się równolegle do pasma Nemërçkë.
Partie szczytowe Nemërçkë są całkowicie pozbawione lasów.
Po jednej stronie imponujące urwiska, a po drugiej łagodne zbocza. Przed nami najwyższy szczyt gór - Maja e Papingut (2482m n.p.m.).
Zanim jednak na niego wejdziemy musimy pokonać jeszcze kilka przeszkód.
Lodowce górskie odpowiedzialne są za obecny wygląd gór Nemërçkë. Na zdjęciu piękny kocioł polodowcowy.
Widok z najwyższego szczytu na dolinę Wjosa.
Wędrując granią szliśmy cały czas nad urwiskami.
A tak wygląda Papingut od strony południowej.
Wschód słońca. Musimy ruszać jak najszybciej, gdyż wyczerpaliśmy już prawie cały zapas wody.
Krótkie spojrzenie za siebie i gnamy do przodu.
Granica albańsko-grecka.
Rozpoczynamy zejście.
Teraz możemy podziwiać wschodnie stoki masywu. Na zdjęciu szczyt graniczny.
Imponujące stożki usypiskowe.
Jeden z najładniejszych widoków jakie widziałem w życiu.
Potężne ściany masywu robią niesamowite wrażenie.
Rzeka Wjosa zachęca nas do kąpieli swoją błękitną wodą.

1 komentarz:

  1. Naprawdę niezłe widoki, aż chciałoby się tam wybrać. I Ci uśmiechnięci ludzie na każdym kroku :)

    OdpowiedzUsuń