Petroszany, Deva, Oradea

Wyjazd do Rumunii miał być i był typową wyprawą górską. Fakt ten nie przeszkodził nam jednak w odwiedzeniu kilku rumuńskich miast, w szczególności, że w drodze powrotnej do Polski mieliśmy parę przesiadek. Postanowiliśmy to wykorzystać i co nieco zobaczyć. Oczywiście nie można nazywać tego zwiedzaniem, gdyż w tak krótkim czasie, bez map i przewodników nie mogliśmy poznać wnikliwie żadnego miasta. Były to raczej tzw. spacery rozpoznawcze, które miały dostarczyć nam podstawowych informacji o danym mieście. 

Na pierwszy ogień poszły Petroszany (Petroşani). Jest to nieduży ośrodek przemysłowy (ok. 34 tys. mieszkańców), w którym wydobywa się węgiel kamienny. Od samego początku wiedzieliśmy, że nie ma tam nic specjalnego do zobaczenia. Mimo wszystko musieliśmy tam zawitać, gdyż jest to jedyne miasto po zachodniej stronie Parangu.   

Zbliżamy się do Petroszany. Jak widać pasażerowie nie czekają na stację, po prostu wychodzą tam, gdzie im się podoba.
Architektura Petroszany nie zachwyca. Większość budynków w mieście pochodzi z ery socjalistycznej. Na uwagę zasługuje stare osiedle górnicze, które jest niestety zaniedbane i prawdopodobnie czeka je dalsza degradacja. Władze Petroszany starają się zmienić wizerunek miasta poprzez realizację nowych inwestycji np.: budowę reprezentacyjnej promenady w centrum miasta.

Petroszany leżą w dolinie rzeki Jiu, dzięki czemu są idealną bazą wypadową w Góry Parang, Retezat i Volcan. Takie położenie sprawia, że w przyszłości mogą zostać ważnym ośrodkiem turystycznym.
  
Petroszany to typowy ośrodek przemysłowy.
W ścisłym centrum miasta znajdują się mało atrakcyjne bloki.
Zaniedbane osiedle górnicze.
Nowo wybudowana promenada.
Z bezbarwnych Petroszan skierowaliśmy się do stolicy okręgu Hunedoara - Devy (ok. 67 tys. mieszkańców). Miasto to posiada wiele unikatowych zabytków z różnych epok. Jego główną atrakcją oraz jednocześnie symbolem jest wulkaniczne wzgórze, na szczycie, którego znajdują się ruiny XIII-wiecznej twierdzy.

W Devie spędziliśmy ponad 10 godzin, a mimo to nie poznaliśmy jej zbyt dobrze. Przyczyniła się do tego upalna pogoda oraz męczący dojazd. Po przybyciu na miejsce starczyło nam jedynie sił na szybkie zakupy oraz doczłapanie się do Parku Zamkowego (Park Cetate). Tam rozłożyliśmy się w cieniu i odpoczywaliśmy przez dłuższą chwilę. Po zelżeniu upału udaliśmy się na mały rekonesans.

Deva jest zdecydowanie ciekawsza oraz przede wszystkim bardziej zróżnicowana niż Petroszany. Współczesność miesza się tam z przeszłością. Piękne zabytki sąsiadują ze szpetnymi budynkami socjalistycznymi oraz nowoczesnymi obiektami takim jak np.: galerie handlowe.

Ratusz oraz restauracja Reno na placu Piaţa Unirii. Po prawej stronie symbol Devy - wzgórze zamkowe z ruinami.
Ruiny twierdzy w przybliżeniu. Niestety gęsta sieć kabli uniemożliwia zrobienie dobrego zdjęcia.
Przyczyna całego problemu.
Prefectura w Devie, czyli urząd okręgu Hunedoara (nasz urząd wojewódzki).
Trzeba przyznać, że rumuńskie psy są bardzo pomysłowe.
Pomnik Decebala - ostatniego króla Daków oraz fontanna na placu Piaţa Victoriei.
Na koniec naszego pobytu w Rumuni zajrzeliśmy do jednego z największych i najlepiej rozwiniętych miast kraju– Oradei (ponad 200 tys. mieszkańców). Miasto to leży przy granicy rumuńsko-węgierskiej. Uważane jest za architektoniczną perełkę, gdyż znajduje się tam wiele barokowych i secesyjnych zabytków.

Historia miasta jest strasznie zagmatwana. Oradeę założyli Węgrzy, a Rumunii dostali ją w spadku po rozpadzie Austro-Węgier w 1919 roku, pomimo, że Węgrzy byli dominującą grupą w mieście. Od tego wydarzenia minęło już prawie 100 lat, a Węgrzy cały czas nie mogą pogodzić się z utratą tego pięknego miasta.

Niestety w Oradei byliśmy bardzo krótko, gdyż trafił się nam dobry transport na Węgry do miasta Biharkeresztes. Pewien taksówkarz zgodził się nas tam zawieść, więc stwierdziliśmy, że warto to wykorzystać. Co prawda mieliśmy spory problem ze zmieszczeniem się do samochodu (6 osób + kierowca), ale jakimś cudem daliśmy radę. Gorzej z naszymi plecakami. Trzeba było je wrzucić na dach i przywiązać sznurem! Taksówkarz okazał się bardzo miłym człowiekiem, mimo wcześniejszych ustaleń zawiózł nas aż do Hajdúszoboszló, gdzie czekał na nas autokar do Polski. Za przejechanie ponad 70km  zapłaciliśmy 150lei, czyli ok. 150zł! Wyniosło to nas dużo taniej niż pociąg.

W Oradei, podobnie jak w Devie, piękne budynki sąsiadują z mało atrakcyjnymi obiektami z ery socjalizmu. Na zdjęciu Klasztor Urszulanek.
Oradea posiada malowniczy ratusz, który usytuowany jest nad rzeką Crişul Repede.
Ładnie odrestaurowany budynek przy placu Piata Unirii. W mieście prowadzone są prace remontowe na ogromną skalę. Za kilka lat Oradea ma szansę zostać rumuńskim Krakowem.
Ulica Calea Republicii, czyli najbardziej reprezentacyjny deptak w mieście.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz