Trekking w Masywie Sesvenna

Okolice jeziora Lago di Resia (Reschensee) zrobiły na nas ogromne wrażenie, dlatego postanowiliśmy zostać tam dzień dłużej. Naszą uwagę przykuł łańcuch górski leżący na zachodnim brzegu jeziora. Jest to włoska część Masywu Sesvenna, który wchodzi w skład Alp Retyckich. W górach tych zaplanowaliśmy kilkugodzinną wędrówkę. Tym razem naszym celem nie było zdobycie żadnego konkretnego szczytu. Najzwyczajniej w świecie chcieliśmy pospacerować i nacieszyć oczy alpejskimi krajobrazami.

Masyw Sesvenna widziany z dna jeziora Reschensee.

Naszą wędrówkę zakończyliśmy na wysokości ok. 2600 m n.p.m. (tyle wskazywał wysokościomierz). Chcieliśmy wejść na grań główną Masywu Sesvenna, jednak okazało się to bardzo trudne. Nawisy śnieżne oraz piargi przykryte cienką warstwą śniegu stanowiły poważne zagrożenie. Zdecydowaliśmy się zawrócić, gdyż nie chcieliśmy zbytnio ryzykować. Była to trafna decyzja, ponieważ kilkadziesiąt minut po zejściu z gór zaczął padać ulewny deszcz.

Warto nadmienić, że część masywu, po której wędrowaliśmy słynie z trzech szczytów: Elferspitze (2926m n.p.m.), Zwölferkopf (2783 m) i Zehnerkopf (2675 m). W przeszłości szczyty te służyły mieszkańcom wioski Rojen do określania czasu na podstawie pozycji Słońca, dlatego nazywane był i są po dziś dzień Zegarem Słonecznym Rojen. 

Zapraszam do obejrzenia krótkiej galerii zdjęć z tego trekkingu.     

Początek trekkingu, idealna pogoda i piękne widoki.
Do wysokości ok. 1800 m panowały warunki wiosenne, natomiast powyżej tej granicy była już zima.
Odpoczynek w niezwykle malowniczej scenerii. Na horyzoncie Alpy Ötztalskie w pełnej okazałości.
Nieośnieżony fragment stoku, którym chcieliśmy wspiąć się na grań główną Masywu Sesvenna.
Relaks na lawinisku.
Wojtek z Jarkiem przygotowują się do zejścia. Ja z Rafałem chciałem wejść na grań, jednak nasza próba zakończyła się niepowodzeniem. Na grani wisiały spore nawisy śnieżne, dlatego woleliśmy nie ryzykować.
Rafał na zejściu.
Po tym jak zeszliśmy z gór nastąpiło gwałtowne załamanie pogody - rozpadało się na dobre.
Mieliśmy duże problemy ze znalezieniem suchego miejsca na nocleg. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów w końcu się udało, nieczynna stacja wyciągu narciarskiego użyczyła nam swojego dachu. Zdecydowanie jedno z najdziwniejszych miejsc, w jakim przyszło mi kiedykolwiek spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz