Hohe Munde i pierwsze rozczarowanie

Wyprawę w Alpy rozpoczęliśmy od próby zdobycia Hohe Munde, czyli szczytu leżącego w paśmie Mieminger Kette (okolice Innsbrucka, Austria). Góra ta posiada dwa wierzchołki: Ostgipfel (Wschodni Szczyt) - 2592m n.p.m. i Westgipfel (Zachodni Szczyt) - 2662m n.p.m. Naszym celem było zdobycie niższego szczytu. Oczywiście z Ostgipfel można przejść granią na Westgipfel, jednak o tej porze roku jest to bardzo niebezpieczne. Osoby, które chcą wejść na Westgipfel od strony zachodniej muszą pamiętać, że znajduje się tam via ferrata (ubezpieczony szlak, wyposażony w: stalowe liny, drabinki, stopnie itp.), która prawdopodobnie w maju przykryta jest jeszcze grubą warstwą śniegu.

Hohe Munde w całej okazałości, źródło: http://www.gly.uga.edu/railsback/VFT/VFTHoheMunde.html

Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy z parkingu usytuowanego u podnóża Hohe Munde (przysiółek Moos). W miejscu tym zaczyna się szlak na Ostgipfel. Ruszyliśmy dopiero o godzinie 11, gdyż przejazd przez Niemcy przeciągnął się o kilka godzin. Do schroniska Rauth-Hütte (1605m n.p.m.) doszliśmy bez żadnych problemów. Tak jak przypuszczaliśmy było ono zamknięte. Wojtek tego dnia nie czuł się najlepiej, dlatego został przy schronisku. Dalej ruszyliśmy w trójkę. Początkowo szło się przyjemnie, jednak z minuty na minutę było coraz gorzej. Gruba warstwa śniegu starannie zamaskowała szlak. Droga nie była wydeptana, dlatego zapadaliśmy się w śniegu.
Szlak na Ostgipfel
Maszerowałem jako pierwszy i torowałem reszcie drogę. Po pewnym czasie Jarek stwierdził, że na dziś mu wystarczy i zawrócił. Pogoda powolutku zaczynała się zmieniać. Temperatura spadła o kilka stopni i pojawił się lekki wiatr. Zrobiło się także stromiej i niebezpieczniej. Kijki trekkingowe zamieniliśmy na czekan, a na buty włożyliśmy raki. Po przejściu kilkudziesięciu metrów Rafał się wycofał. Zostałem sam. Długo się nie zastanawiałem. Od razu pognałem do przodu.

Hohe Munde, widok ze schroniska Rauth-Hütte (1605m n.p.m.)
Przed sobą miałem najtrudniejszy fragment podejścia. Musiałem przebić się przez wystające skały. Wybrałem niewielki żlebik, którym wspiąłem się do góry. Nie było to łatwe, gdyż był on strasznie stromy. Po pokonaniu tego fragmentu, moim oczom ukazał się ośnieżony szczyt. Podziałało to na mnie mobilizująco. Szedłem jednak coraz wolniej. Zapadałem się w śniegu po kolana, a porywisty wiatr znacznie spowalniał mój marsz. Stawiałem 10-15 kroków do przodu, po czym robiłem przerwę na 10-20 oddechów. W ten sposób powolutku zbliżałem się do upragnionego celu. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Takie krajobrazy towarzyszyły mi po drodze
Gdy do szczytu pozostało mi kilkanaście metrów, zauważyłem, że zza niego wyłania się inny wierzchołek. Zrozumiałem, że to co widziałem na horyzoncie nie było głównym szczytem, tylko niedużym wzniesieniem na zboczu. Sytuacja taka powtórzyła się jeszcze parokrotnie. Za każdym razem, gdy myślałem, że to koniec pojawiał się następny wierzchołek. W końcu uszło ze mnie powietrze. Zdałem sobie sprawę, że dzisiaj nie zdobędę Hohe Munde. Zrobiło się późno. Chłopaki czekali na mnie już wystarczająco długo. W pierwszy dzień wyprawy nie chciałem podpaść całej ekipie. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie mamy noclegu i musimy go dopiero znaleźć. Zanim rozpocząłem zejście, doszedłem jeszcze do skał, które widniały na horyzoncie. Z miejsca tego widziałem Ostgipfel jak na dłoni. Prawdopodobnie znajdowałem się na wysokości 2500m n.p.m.. Całkiem nieźle jak na pierwszy raz w Alpach, ale głód pozostał nienasycony.

Do tego miejsca doszedłem, Ostgipfel jak na dłoni
 Zejście okazało się prawdziwym wyzwaniem. Słońce zaszło za góry i wschodni stok był zacieniony. Nie mogłem znaleźć śladów, które zostawiłem wchodząc, dlatego zacząłem schodzić w dół, w linii prostej. W rzeczywistości znosiło mnie jednak w prawo, czyli na największe skały. Po przejściu około 30 metrów wpadłem lewą nogą w szczelinę skalną. Noga się wykręciła, a ja zrobiłem fikołka do tyłu i zacząłem się osuwać. W momencie tym zaprocentowało doświadczenie zdobyte na kursie zimowej turystyki wysokogórskiej. Obsunięcie wyhamowałem czekanem, dzięki czemu nie poleciałem niżej. Na szczęście z nogą było wszystko w porządku. Od tego momentu schodziłem dużo wolniej i ostrożniej. Po wejściu na skały zmuszony byłem wykonać kilka skoków, co w rakach sprawiło mi spore trudności. Po pokonaniu skalistego fragmentu poczułem dużą ulgę. Wiedziałem, że teraz pójdzie już z górki. Do schroniska dotarłem ok. godziny 18. Pod samochodem zameldowaliśmy się o 19. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy szukać noclegu .

Obern - jeden z przysiółków wchodzących w skład miejscowości Leutasch, Dolina Leutaschtal
 Dzień ten nauczył mnie pokory. Nie przypuszczałem, że szczyt mający 2600m może sprawić aż tyle kłopotów. Mówiąc krótko zlekceważyłem go. Wyciągnąłem z tego jednak dobre wnioski. Zdobywanie szczytów przestało być dla mnie najważniejsze. Zacząłem zbierać doświadczenie, które mam nadzieję w późniejszym czasie da odpowiednie wyniki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz