Lawinowe ABC w Tatrach Wysokich

Tatry Wysokie są najwyższą częścią Tatr, a tym samym całych Karpat. Decydujący wpływ na ich wygląd (rzeźba alpejska) miały liczne lodowce górskie, które występowały tam tysiące lat temu. Niestety w granicach Polski znajduje się jedynie 24% całkowitej powierzchni Tatr Wysokich, reszta leży na Słowacji. Nasi południowi sąsiedzi nikczemnie wykorzystali ten fakt. Wprowadzili „chore” prawo zgodnie, z którym na najwyższe szczyty można wejść jedynie z przewodnikiem. I tak chcąc zdobyć np.: Gerlach (2655m n.p.m.) trzeba liczyć się z wydatkiem rzędu kilku stówek. Jeśli ktoś zdecyduje się na samodzielne zdobycie szczytu powinien spodziewać się wysokiej kary (oczywiście jeśli zostanie złapany).

Jastrzębia Turnia (2137m n.p.m).
Folwarska Grań i Rakuska Czuba (2038m n.p.m.).
Tegoroczny wypad w Tatry Wysokie (część Słowacką) nie był zwykłą górską wędrówką. Jego celem było uczestnictwo w zimowym kursie turystyki wysokogórskiej. Zajęcia odbyły się w Dolinie Zielonej Kieżmarskiej. Jest to piękna dolina otoczona szczytami przekraczającymi 2000m. Dojście do tego miejsca umożliwiały nam dwa szlaki (startowaliśmy z Tatrzańskiej Kotliny). Pomimo bardzo późnej godziny wymarszu (16:20) wybraliśmy trudniejszą trasę. Początkowo maszerowaliśmy zielonym szlakiem do Wielkiego Białego Stawu, a następnie Magistralą Tatrzańską (czerwony szlak) do Schroniska nad Zielonym Stawem Kieżmarskim (1550m n.p.m.). Obiekt ten przez cztery noce był naszym domem. Do schroniska dotarliśmy o 22. Według mapy przejście tej trasy powinno zająć nam około 5 godzin (letni czas przejścia). Z prostych obliczeń wynika, że mieliśmy zaledwie 40 minut poślizgu.

Fragment mapy Tatr Wysokich, (Chata pri Zelenom plese = Schronisko nad Zielonym Stawem Kieżmarskim).

Z całego wyjazdu największą frajdę sprawiło mi dojście do Schroniska nad Zielonym Stawem Kieżmarskim. Dlaczego? Otóż długi fragment trasy pokonaliśmy w ciemnościach z czołówkami na głowach. Moim zdaniem dodało to wędrówce pewnego smaczku. Wyobraźnię pobudzał również huczący wiatr, który chwilami był tak silny, że człowiek z trudnością utrzymywał się na nogach. Początkowo śniegu było niewiele, jednak wraz ze wzrostem wysokości przybywało go. W pewnym momencie zboczyliśmy ze szlaku. Wynikało to z tego, że szlak nie był wydeptany, a oznaczenia starannie zamaskował śnieg. Pomimo zejścia ze szlaku cały czas wiedzieliśmy, w którą stronę mamy się kierować. Po przybyciu do schroniska okazało się, że czeka na nas sympatyczny, osiemnastoosobowy pokój na nieocieplonym strychu. 

Pora napisać coś o samym kursie. Pierwszy dzień kursu to przede wszystkim ćwiczenie różnych technik poruszania się w rakach i z czekanem. Kilka godzin poświęciliśmy na ćwiczenie wyhamowywań obsunięć w stromym śniegu za pomocą czekana. Próbowaliśmy wyhamowywać obsunięcia z różnych pozycji np.: siedząc, leżąc na plecach, na brzuchu, głową w dół, czy będąc spiętymi liną z innymi osobami. Wieczorem tego samego dnia mieliśmy ciekawy wykład o lawinach. Dowiedzieliśmy się z niego jak powstają lawiny, co robić żeby ich unikać oraz jakie zagrożenie za sobą niosą. 


Zakładanie raków.
 Ćwiczenie wyhamowywań obsunięć w stromym śniegu (Kozia Grań).

W drugim dniu dała znać o sobie pogoda. Całą noc padał śnieg, dlatego też nasze zajęcia odbyły się w pobliżu schroniska. Duża ilość świeżego śniegu zalegająca na starszej warstwie śniegu (warstwa poślizgowa) w połączeniu z silnym wiatrem to idealne warunki do powstawania lawin. W ramach ćwiczeń zrobiliśmy mały przekrój śniegu, aby zobaczyć jego poszczególne warstwy. Z przekroju wynikało, że warstwa świeżego śniegu wynosi około 70 cm. Oczywiście aż tyle nie napadało, był to skutek nawiewania. Po wykonaniu przekroju zaczęliśmy przechodzić do następnego zadania, aż tu nagle……… zapanował półmrok, widoczność spadła do minimum (nie widziałem osób, które stały kilkadziesiąt centymetrów ode mnie). Nieświadomie obróciłem się kilka razy wokół własnej osi w rezultacie czego straciłem orientację i nie wiedziałem gdzie jest schronisko. Do tego wszystkiego doszły jeszcze trudności z oddychaniem. Sytuacja ta trwała chwilę. Trudno określić dokładnie ile, bo działo się to błyskawicznie. Gdy zjawisko ustało, nasi instruktorzy stwierdzili stanowczo, że wracamy do schroniska. Prawdopodobnie była to niewielka lawina pyłowa.

Tego dnia wyszliśmy jeszcze raz na zewnątrz, żeby przećwiczyć lawinowe ABC (detektor, sonda, łopata). W skrócie o detektorze - niewielkie urządzenie, które przypina się do klatki piersiowej. Można je ustawić na nadawanie lub na szukanie. Człowiek wyruszający w góry ustawia detektor na nadawanie. W przypadku gdy zasypie go lawina detektor cały czas nadaje sygnał. Ratownicy w czasie poszukiwań zasypanego przestawiają swoje detektory na szukanie. Nasze ćwiczenia polegały na tym, że jeden z detektorów został zakopany w śniegu. Uczestnicy kursu za pomocą swoich detektorów szukali zasypanego urządzenia. Po jego wykryciu następowało sondowanie, a następnie odkopanie. 

Planowo kurs miał trwać 4 dni jednak ostatecznie, ze względu na pogodę, a właściwie niepogodę został przerwany po 2 dniach. Obfite opady śniegu przyczyniły się do wprowadzenia w Tatrach 2, a po pewnym czasie 3 stopnia zagrożenia lawinowego, do tego dochodził jeszcze silny wiatr i gęsta mgła. Ustaliliśmy z instruktorami, że nie ma sensu kontynuować ćwiczeń w tak ciężkich warunkach. Umówiliśmy się, że kurs dokończymy za 3 tygodnie po polskiej stronie Tatr.

Przed Schroniskiem nad Zielonym Stawem Kieżmarskim.
Grupa gotowa do wyjścia.
Wraz z innymi uczestnikami postanowiłem zostać w schronisku na jeszcze jedną noc. Droga powrotna była łatwa i krótka. Ze schroniska zeszliśmy żółtym szlakiem, który cały czas prowadzi w dół. Szlak ten biegnie Kieżmarską Doliną i jest wytyczony równolegle do Zielonego Potoku Kieżmarskiego. Schodząc w dół pogoda stopniowo poprawiała się. Na dole przywitało nas słoneczko, aczkolwiek wcale nie było ciepło. Wiał chłodny wiatr. W Tatrzańskiej Kotlinie zatrzymaliśmy się jeszcze na obiad, po którym ruszyliśmy do Polski.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz